Zaloguj się
Niezbędnik
Z Tangeru do Essaouiry
20-07-2008
Wybierz się w marokańską podróż przez Draa Valley, pustynię, tereny obsadzane pomarańczami, po to by wreszcie piąć się wzdłuż oceanu, drogą z drzewkami araganowymi...
Zofia Edwards
Było już ciemno, gdy przybiliśmy do portu w Tangerze. Błądziliśmy, szukając wyjścia, a kiedy je znaleźliśmy, zaatakował nas tłum taksówkarzy. W końcu dobiliśmy targu i jechaliśmy trąbiąc, gwałtownie hamując, bądź jeszcze gwałtowniej przyspieszając przez pogrążone w nocy miasto.
Tanger jest miastem portowym, najlepsze chwile przeżywał w latach czterdziestych, był mekką pisarzy, światowych gwiazd, szpiegów i szmuglerów. Tętnił życiem. Później stał się punktem przejściowym dla uciekinierów z Afryki; pełnym rzezimieszków, kryminalistów czekających na dogodną chwilę, by port opuścić. „Od momentu, kiedy marokański tron objął Mohammed VI, Tanger ma się lepiej. Nowy król zainteresowany jest rozwojem miasta” – opowiadał Thibaoud z Dar Nour, częstując słodką herbatą miętową. Niestety nie mieliśmy czasu, by zwiedzać Tanger – ograniczyliśmy się jedynie do wieczornego spaceru. Rano trzeba było zdążyć na pociąg do Fezu...
Marokański pociąg przypomniał polskie koleje, posuwał się wolnym tempem, czasem przystawał. Byliśmy jedynymi Europejczykami w przedziale, toteż na nas skupiła się uwaga współpodróżnych. Gawędziliśmy z Alikiem, bardzo przyjaznym pół-Berberem, pół-Marokańczykiem po angielsku, francusku i arabsku. Nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy upłynęło 5 godzin podróży i trzeba było wysiadać. Alik obiecał, że jego siostra pomaluje mnie henną.
Stacja kolejowa w Fezie zachwyciła nas drzewkami pomarańczowymi. Miasto ujmowało naturalnością. Na palcach jednej ręki policzę spotkanych turystów; targi z tutejszymi sprzedawcami nie zaczynają się od tysięcy dirham tak, jak w Marakeszu, ale od setek. Mieszkaliśmy w riadzie usytuowanym w sercu najstarszej części mediny Fes el Bali, z dala od szlaku turystycznego. Najtrudniej było przyzwyczaić się do ciekawych spojrzeń sąsiadów, do natrętnych dzieciaków, które w nadziei na zarobienie kilku dirham łapały niemalże za ręce i oferowały przewodnictwo. My woleliśmy gubić się i odnajdować w labiryncie uliczek i uliczuszek Fezu, odkrywać tajemniczy świat najstarszej działającej mediny, gdzie na obszarze od wieków wyznaczonym murami produkuje się i od razu sprzedaje własne wyroby.
Kilka dni później jechaliśmy przez Średni Atlas, cedrowy las zamieszkany przez małpy (Barbary Ape). Poranna kawa w Azru, potem wspaniały tagine w Midelt. Zmieniła się sceneria – ominęliśmy już lesiste stoki Atlasu, teraz witały nas nagie wzniesienia. Nocą dojechaliśmy do obozowiska Chez Michel w północnej części Erg Chebbi, jednej z największych wydm marokańskiej Sahary. „Marhaba!” – powitał nas Mohamed i zaprosił na herbatę. Tym razem nie najpopularniejszą, miętową, ale cziba tea – o właściwościach ponoć odurzających. Na stole pojawił się też największy tagine, jaki widziałam w Maroko, z najlepszą koftą. Na deser pomarańcze posypane cynamonem, przysmak Berberów. Dostaliśmy jilaby, długie, wełniane stroje chroniące przed zimnem. O 5 rano wyruszaliśmy na wielbłądach oglądać wschód słońca.
Inne
Kiermasz książek
30-11-2008
Muzyka
Piątki z Dj Batima
28-11-2008
Inne
Foxestate i PKO Bank Polski zapraszają na darmowe seminarium
16-12-2008
Muzyka
Galowy Koncert Świateczny
13-12-2008 - 14-12-2008


